Ludzie nie są pewni czy oni istnieją naprawdę, to szara eminencja, żyją w cieniu i sterują rządem. Ale każdy przeczuwa że nadchodzą i są już blisko. Dążą do zmiany porządku świata, a za naczelnego wroga uważają sztukę. Ofiarą onych pada właściciel galerii artystycznej Kalikst Bałandaszek (w tej roli Adam Szczyszczaj) oraz jego narzeczona, aktorka Spika hrabina Tremendosa (w tej roli Anna Ilczuk). Choć gosposia Marianna ostrzega dwojga o nadejściu onych para nie chce wierzyć w taki układ rzeczy, to niszczy ich wyidealizowany obraz świata. Kalikstowi i Spice nie układa się najlepiej: on - zagubiony artysta, erotoman, wieczny chłopiec nie potrafiący wyznaczyć życiowych priorytetów, ona - niezrównoważona emocjonalnie, nierozumiejąca siebie i własnych uczuć, zagubiona pomiędzy realnością, a grą na scenie. Na domiar złego w ich życiu pojawiają się oni.
Z opisywanym dziełem Witkacego spotkałam się w połowie gimnazjum i już wtedy zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Wizja świata w którym sztuka jest kontrolowana to jedna ze straszliwszych antyutopii, zmora nie tylko dla artystów lecz także miłośników gatunku. Zjawisko opisane przez Witkacego w Onych wciąż przywodzi mi na myśl idee socrealizmu, gdzie sztuka ma nieść korzyść wyłącznie państwu. Jednakże według mnie to także swego rodzaju manifest wolności, triumf jednostki nad społeczeństwem, co automatycznie przeszkadza elitom rządzącym. W samym spektaklu zastanawiający był dla mnie brak fragmentu konstytucji, (według którego każdy ma prawo ukazywać swoje wizje artystyczne) przytaczanego przed każdą sztuką. Z jednej strony wydaje mi się, że to kwestia braku zmian w oryginalnym scenariuszu przygotowanym przez Witkacego, z drugiej mam nieco głębsze przemyślenie. Zupełnie jakby pominięcie fragmentu konstytucji nawiązywało do śmierci wolnej sztuki w pojęciu państwa. I zdawać by się mogło, że to jedynie kolejna z antyutopijnych wizji przyszłości, a jednak reżyser boleśnie nas zaskakuje ukazując na zakończenie fragment nagrania z autentycznej manifestacji mającej miejsce we Wrocławiu - ludzie krzyczący hasła nienawiści, dążący do nacjonalizmu, przeciwni tolerancji, rozwojowi i oznakom liberalizmu, nastawieni negatywnie do człowieka o innych poglądach. Przyglądałam się temu wszystkiemu czując ścisk w żołądku i gardle. Czułam ból i strach przed takim rozwojem akcji, czułam obrzydzenie do ograniczenia ludzkiej wolności, czułam wręcz wstręt do świata... W spektaklu zdecydowanie nie brakuje emocji.
Witkacy w swoim dziele porusza również kwestie nieszczęśliwej, niespełnionej miłości i sugeruje że to ona odpowiedzialna jest za zło tego świata. Autor otwarcie mówi o toksycznych związkach opartych na fascynacji, a nie prawdziwym uczuciu. W sposób interesujący pokazany zostaje konflikt charakterów. Pojawia się także ciekawe zagadnienie dotyczące uprawianych przez ludzkość zawodów. Podczas rozmowy dotyczącej onych Marianna sugeruje że dla niej nic się nie zmieni wraz z nowym porządkiem świata, wciąż będzie w stanie ugotować smaczny obiad, zaś Kalikst jako artysta stanie się nikim.
Dzieło Witkacego w reżyserii Oskara Sadowskiego zostało przedstawione na naprawdę wysokim poziomie. Odtwórcy głównych ról (Anna Ilczuk i Adam Szczyszczaj) zaprezentowali świetną grę aktorską, postacie Kaliksta i Spiki zostały zagrane w sposób bardzo emocjonalny, barwny, a ponadto wzbudzały ciekawość widza. Na wyróżnienie zasługuje również odtwórczyni roli Marianny – Janka Woźnicka, która idealnie wpasowała się w postać stworzoną przez Witkacego. Nie mógłabym również pominąć ważnej kwestii dotyczących choreografii - otóż jestem pod wielkim wrażeniem sposobu w jaki przedstawiono sceny łóżkowe zamiast prostego i oczywistego rozwiązania widowni ukazano ruch na kształt tańca pozbawiając scenę niepotrzebnej wulgarności. Osobiście jestem pod wrażeniem spektaklu Oni i mam nadzieję że po wakacyjnej przerwie wróci do repertuaru Teatru Polskiego, a wtedy gorąco Was zachęcam do obejrzenia.